Artystka tygodnia – Mary Komasa

Mary Komasa

stronaface

Mary Komasa wyrosła w artystycznej rodzinie w Warszawie.

Rozpoczęła edukację muzyczną w wieku sześciu lat. Uczyła się gry najpierw na fortepianie, potem na organach i klawesynie. “Z natury byłam nieśmiała i strachliwa i dlatego właśnie wybrałam organy – instrument, dający poczucie siły i odwagi. Granie na nim było dla mnie jak prowadzenie statku kosmicznego – wymagało zaangażowania całego ciała i umysłu”.

Równolegle studiowała śpiew operowy. „Doszłam do tego, że chciałam być jednocześnie Erykah Badu i Musettą. W końcu musiałam dokonać wyboru.” W młodym wieku zdecydowała się rozpocząć życie na własną rękę. Postanowiła wyruszyć do Paryża. Znalazła się z dnia na dzień w samym środku życia towarzysko-artystycznego, w którym krzyżują się ze sobą różne kultury i środowiska. Paryż dał jej poczucie wolności twórczej.

„Jestem pewna że śpiewałam wcześniej niż nauczyłam się mówić. Wyrosłam na muzyce gospel, śpiewanej przez moją mamę. Chodziłam na koncerty gospel z moją rodziną. Tam każdy mógł śpiewać prosto z serca. Uwielbiałam to. Trafiłam do wyjątkowej podstawówki muzycznej, gdzie dawano nam mnóstwo swobody. Brałam udział w każdym mini playback show. Wszyscy wiedzieli, że mimo że jestem w klasie fortepianu, kiedyś będę śpiewać. Ukształtował mnie także mój starszy brat – fan hip hopu i r’n’b. Nasze dzieciństwo przypadało na wczesne lata 90, kiedy ta muzyka przeżywała największy boom. Fugees, TLC, Erykah Badu, Brandy… słuchałam tego non stop, śpiewając do dezodorantu” – tak o sobie mówi sama Mary Komasa.

“Inspirują mnie długie wyprawy samochodem, lotniska, hotele… Te anonimowe miejsca budzą we mnie tęsknotę i melancholię. Z tych emocji rodzą się pomysły na nowe utwory. Na przykład „Oh Lord” powstało w drodze z LA do Las Vegas. Słuchałam 4. Symfonii Lutosławskiego. Zostawiłam za sobą wielkie miasto, mając jeszcze w głowie obrazy z wystawy o Stanleyu Kubricku. Wjeżdżałam w księżycowy, martwy krajobraz. Otaczała mnie dziwna, surrealna aura. Wszystko we mnie buzowało. Było w tym coś przerażającego, a zarazem kuszącego.” Następnym przystankiem Mary był Berlin. Stworzyła zespół muzyczny, składający się z wyrazistych osobowości. Jej piosenki trafiły w końcu do jednego z najsłynniejszych producentów muzycznych w Berlinie. Guy Sternberg pracował wcześniej między innymi przy projektach Feist, Yoko Ono i Depeche Mode. Zakochał się w utworach Mary i zaproponował, że wyprodukuje jej debiutancką płytę. Szybko odnaleźli wspólny język. Guy pomógł Mary stworzyć jej charakterystyczne brzmienie. Użył do tego całego arsenału oryginalnych instrumentów i mikrofonów z lat 60 i 70. To Guy wybrał dla Mary taki sam mikrofon, do jakiego śpiewała Billie Holliday. Powstał niezwykły zestaw utworów, jednocześnie bardzo zróżnicowany i spójny, sięgający do źródeł i odważnie łączący je z nowoczesnymi brzmieniami. Słychać w nim echa muzyki gospel, bluegrass, klasycznego rocka, a także New Wave, czy ambitnej muzyki filmowej. Narracja tej płyty jest bliska języka kina: “Najlepszym sprawdzianem czy piosenka działa, jest dla mnie wyobrażenie jej sobie pod napisami końcowymi do filmu. Zabierając się do pisania utworu, zaczynam od sięgania do wspomnień. Staram się stworzyć w wyobraźni filmową scenerię, ze mną w roli głównej. Potem szukam zdania, hasła czy słowa, od którego mogłabym zacząć pisanie. Na przykład: Come, Farewell, “Don’t leave me here”. Tak zaczyna się każda z moich opowieści. Co staram się nimi przekazać? Że formują nas wszystkie nasze życiowe doświadczenia, zarówno te pozytywne jak i te, o których chcielibyśmy zapomnieć. Zamiast starać się wymazać je ze świadomości, starajmy się przekuć je we własną siłę.”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>